wtorek, 6 stycznia 2015

miejsce pierwsze z brzegu

Znajdź miejsce dla osób niepełnosprawnych. Tyle dobrego, że są dwa,
można więc zabrać ze sobą kogoś jeszcze na wózku
Wyobraźcie sobie najgorsze możliwe miejsce w kinie. W sensie lokalizacji, nie sąsiedztwa. W moim wypadku było to takie po którym bolała mnie szyja i mięśnie karku, nadwyrężone w dwóch płaszczyznach, od ciągłego zadzierania głowy do góry i spoglądania w bok w poszukiwaniu środka ekranu. Miejsce pierwsze z brzegu na samym dole sali. Oglądałem tak kiedyś film w 3D i nie chciałbym tego powtarzać.

Gdybyście chcieli kupić bilet na to miejsce komuś, kogo nie lubicie, możecie mieć z tym problem. To miejsce zarezerwowano już najprawdopodobniej dla osób niepełnosprawnych. To zazwyczaj tam można zaparkować wózek inwalidzki.

O ile rozumiem, że zbudowanie rampy na wyższe piętra może nastręczać pewnych trudności technicznych (co i tak jest dość żenującą wymówką, brak schodów przysłużyłby się wszystkim, np. w razie pożaru), o tyle wybranie miejsc najgorszych z możliwych jest dość obrzydliwe i jest symptomatyczne dla traktowania osób o obniżonej sprawności ruchowej w naszym społeczeństwie. Można było umieścić je chociaż centralnie!

Wyprzedzająca odpowiedź na komentarz Czytelnika_czki: a może nie przychodzą tak często bo nie czują się mile widziani?

niedziela, 6 października 2013

schody pod nogi

Są rzeczy tak oczywiste i rozpowszechnione, że przez myśl nie przeszłoby nam, że mogą komukolwiek szkodzić. Przyjmujemy je za pewnik. Gdyby komuś przeszkadzały, prędzej czy później ktoś na pewno zrobiłby coś, żeby taki stan rzeczy zmienić. Najwyraźniej więc nie ma nic złego w trzymaniu psów na łańcuchach czy przyzwalaniu na niekontrolowany wzrost liczebności populacji najbardziej inwazyjnego gatunku świata. Tak już jest. Do takich rzeczy należą, uwaga, progi. Każdy szanujący się budynek użyteczności publicznej musi mieć schody lub przynajmniej próg. Bez progu do budynku wlałoby się całe zło tego świata lub przynajmniej hordy barbarzyńców. Tym niemniej, progi stanowią wyjątkową upierdliwość nie tylko dla Daleków, ale i tysięcy osób, które na co dzień poruszają się na wózkach inwalidzkich.

Tak się składa, że często towarzyszę osobie poruszającej się na wózku inwalidzkim. Dzięki temu mam rzadką okazję wglądu w świat absurdów, która dla niektórych jest codziennością. Poruszając się na dwóch względnie zdrowych nogach nie dostrzegam toru przeszkód, jakim może być zwykła droga z miejsca parkingowego do urzędniczego biurka. W pewien perwersyjny sposób jest to fascynujące. Osoba sprawna nie ma właściwie szans zobaczyć, że miejsce parkingowe dla osób z niepełnosprawnością jest bezużyteczne, jeśli nie towarzyszy mu ścięty krawężnik. Że wahadłowe drzwi do otwarcia których potrzeba dużej siły stanowić mogą przeszkodę nie do pokonania - człowiek ma tylko dwie ręce, potrzebne do poruszania się na wózku. Że koleje nie będą dostosowane do potrzeb osób z niepełnosprawnościami tak długo, jak pociągi zastawiać będą obie kładki dla wózków, tworząc pułapkę bez wyjścia. Moja ulubiona kolejowa historia obejmuje szynobus i rozkładaną rampę zamkniętą na kluczyk którego konduktor nie posiada. Niewiarygodne jak wielu uciążliwości (lub przeszkód nie do przybycia) udałoby się uniknąć, gdyby do projektowania elementów infrastruktury zaprosić użytkownika danego budynku poruszającego się o kuli, z laską lub z wózkiem inwalidzkim tracę wiarę w ludzkość. Czerpiąc inspirację z legendarnych testów obciążeniowych mostów, w czasie których wykonawca mostu stawał jakoby pod nim, proponuję, by wprowadzić obowiązek sadzania projektantów na wózku i wysyłania ich na wycieczkę po budynku. Mówię to całkiem serio. No dobrze, pewnie wystarczyłoby zatrudnić osobę poruszającą się na wózku i kazać jej przetestować użyteczność budynku i rzekomych udogodnień. Albo, na wielkich przedwiecznych, poczytajmy wszyscy chociaż o Uniwersalnym Projektowaniu. Jeszcze lepiej: w ramach wiedzy o społeczeństwie lub kompatybilnego przedmiotu, każdy z nas powinien przynajmniej raz pojeździć po mieście na wózku lub pochodzić po nim z zawiązanymi oczami i białą laską.

Już to widzę.
Moje ostatnie odkrycie. Windy dla niepełnosprawnych. Dlaczego są wyłączone, do ich użycia potrzeba zaś wzywania kogoś z obsługi? Bo gdyby winda była włączona to ludzie by jej używali. Dosłownie, tak brzmią odpowiedzi które słyszę niemal za każdym razem. Rozumiem obawę przed wandalami, powoduje to jednak, że kiedy ktoś rzeczywiście potrzebuje użyć windy, nie może tego zrobić i musi czekać na czyjąś łaskę. Niemniej jednak - w tysiącach budynków są windy, których ludzie używają na co dzień. To żaden argument. Jeśli urządzenia te są tak awaryjne, że powinno się używać ich tylko w ostateczności, może czas pomyśleć o lepszych. Dla mnie, jako osoby towarzyszącej, jest to jedynie irytujące. Dla osoby z niepełnosprawnością to coś o wiele gorszego. To kolejna sytuacja, w której zdana jest na czyjąś łaskę bądź niełaskę. To żadna samodzielność i sytuacja uwłaczająca jej godności. Jeśli już faktycznie musimy chronić windy i podnośniki przed używaniem, może warto byłoby promować łączenie tych nieszczęsnych dzwonków (rozładowała się bateria, przepraszamy), faktycznie pomocnych dla osób niesamodzielnych, z rozwiązaniami, które pozwalają na aktywowanie windy kartą magnetyczną (wydawaną np. wraz z orzeczeniem o niepełnosprawności)?

Zastanawialiście się też, co sprawia, że niepełnosprawni muszą załatwiać się w osobnych toaletach? Czy ich widok jest tak straszny, że niemożliwym jest przystosowanie po jednej kabinie w toalecie damskiej i męskiej? Lub, co gorsza, trzeba zamknąć ją na klucz, dostępny na portierni? Czy kiedykolwiek przyszło wam na myśl, że żeby skorzystać z toalety w miejscu publicznym musicie zdobyć klucz? To jakiś RPG?


grafika:

© Peter Birkett
CC-BY-NC blue_j 
CC-BY-NC WELS.net

sobota, 24 listopada 2012

zbieramy street art

Dlaczego to w ogóle robić? Nie mam zielonego pojęcia. Ja robię to dlatego, że inaczej już nie umiem. Od pięciu lat przemierzam ulice Poznania i w tym czasie minąłem na jego ulicach tysiące śladów czyjegoś istnienia. Napisów, naklejek, rysunków, ceramicznych mozaik i plakatów. Części nie widziałem już nigdy więcej - taką wściekłość wywołały u właścicieli danego kawałka świata. Za każdą z nich stał człowiek z twórczą nadpobudliwością, potrzebą tak silną, że gotów był zaryzykować kłopotami z prawem. A może czasem to one był głównym powodem. Postanowiłem posłuchać tych ludzi i zobaczyć, co właściwie mają nam do przekazania. Czasem był to po prostu wyciągnięty środkowy palec lub nieśmieszny dowcip. A niektóre życiowe mądrości ze ścian noszę w głowie do dzisiaj. Tak czy inaczej, postanowiłem skorzystać z zewnętrznej pamięci by móc do nich zawsze wracać.

Na samym początku robiłem zdjęcia wyłącznie wrzutkom niosącym ze sobą społecznie zaangażowaną treść. Dość szybko jednak stwierdziłem, że niepotrzebnie się ograniczam, ponieważ na ulicach dzieją się rzeczy naprawdę niezwykłe. Im więcej przybywało mi zdjęć w kolekcji, tym bardziej obsesyjnie się za nimi rozglądałem. Dzisiaj mam plan miasta na którym zaznaczam ulice, które już sprawdziłem pod kątem występowania na nich stritartów. Napawam się każdą kolejną skreśloną z planu ulicą. Miasto jawi mi się teraz jako gigantyczna plansza do gry z masą przedmiotów poukrywanych w najróżniejszych lokalizacjach. A ja muszę odnaleźć je wszystkie. Skutkiem czego spacery ze mną szybko stają się uciążliwe.

Przy okazji poznaję okolice, których inaczej nigdy bym nie odwiedził. Jest to jakaś wartość dodana. Zawsze można też zafundować przyjaciołom wycieczkę krajoznawczą, jakiej nigdy wcześniej nie mieli. Trzeba im tylko przypomnieć, żeby nie zabierali ze sobą niczego cennego. Moim zdaniem jest to niedoceniona gałąź turystyki czekająca na rozwinięcie. Z niecierpliwością czekam na polskie przewodniki po street-artowych  lokacjach (wyobrażam sobie też np. odznakę PTTK Turysty Miłośnika Graffiti).

Stopień rozwoju ulicznej twórczości pozwala też pobieżnie wnioskować o rozwoju kulturalnym danego miejsca. Moja rodzinna miejscowość to w większości wprawki młodych graficiarzy czyli powtarzające się ksywki powoli ewoluujące w stronę indywidualnego stylu i parę okazjonalnych szablonów z lat dziewięćdziesiątych. Piła, większe miasto w pobliżu doczekało się dodatkowo dużej liczby szablonów wykonanych zarówno przez anarchistów jak i narodowców czy skinheadów. Ich regularna wojna propagandowa stanowi o lokalnym kolorycie tego miasta. Do tego dochodzą oczywiście napisy wykonywane przez kibiców lokalnych i przyjezdnych. Kolejnym etapem są pewnie ewolucje tagów w stronę tworzenia indywidualnych logo (street logo) zastępujących litery i postępujący stopień komplikacji liter, które stają się coraz mniej czytelne dla niewprawnego oka. Z biegiem czasu, zaczynają towarzyszyć im charaktery - postacie ludzkie i nie tylko. Legalne murale świadczą o tym, że władze miasta zauważyły ogólnopolski trend docierający do coraz mniejszych miejscowości. Gdy w mieście pojawia się graffiti abstrakcyjne, mieszkańcom po prostu musi żyć się dobrze i wolnych chwilach prawdopodobnie zajmują się wyłącznie wolontariatem w lokalnym schronisku.

Ulica jest także swoistą platformą komunikacyjną a jej uważna obserwacja pozwala śledzić zachodzące zmiany społeczne i być na bieżąco z lokalnymi wydarzeniami, np. pokazując prawdziwe wyniki wyborów. Przykładem może być zatrzęsienie szablonów traktujących o globalnym spowolnieniu ekonomicznym, zwanym pieszczotliwie kryzysem. Katastrofa w Smoleńsku również dostarczyła inspiracji mniej lub bardziej stroskanym obywatelom. Na ulicy znaleźć można także osobiste dramaty, przewrotne komentarze i ważne życiowe prawdy.

Powinienem pewnie prędzej czy później ustosunkować się do poszukiwań odpowiedzi na pytanie o rozdział pomiędzy sztuką a wandalizmem. Nie znam jej. Nie czuję też w sobie ani potrzeby ani kompetencji do kreślenia granic pomiędzy pojęciami takimi jak sztuka uliczna, sztuka miejska, graffiti, etc. Mam pewne reguły sprowadzające się do konstatacji, iż rozpoznaję sztukę miejską kiedy ją widzę i uznaniowo kolekcjonuję to, co mi się żywnie podoba. Przyznam jednak, że żywię co najmniej mieszane uczucia względem ozdabiania świeżo wyremontowanych elewacji lub ścian zabytków.

Czy polecam takie hobby? Tak, przygotowałem nawet kilka porad dla potencjalnych tropicieli street artu. Myślę, że to wbrew pozorom dość pożyteczne zajęcie. Na pewno ciekawe. Każde miasto zasługuje na swojego dokumentalistę.

* * *

Pierwsza i najważniejsza zasada. Wychodząc z domu, z a w s z e miej przy sobie aparat. Choćby w telefonie. Sztuka miejska jest nierzadko bardzo ulotna - znika rozmoczona deszczem, zerwana ręką wandala, zamalowana przez właściciela budynku - za każdym razem gdy widzimy takie znalezisko, możemy widzieć je po raz ostatni. Każda okazja może być jedyną szansą, by świat zobaczył to, co Ty. Dlatego ich po prostu nie przepuszczamy.

Aparat. Ja używam aparatu wbudowanego w telefon. W oczywisty sposób robię tym samym gorsze zdjęcia, rozwiązanie to ma jednak równie oczywiste plusy. Duży aparat nie jest bezpiecznym rozwiązaniem w podejrzanej okolicy, łatwo go też uszkodzić i zamoczyć. Jest też mniej poręczny i mobilny - telefon większość z nas nosi przy sobie przez cały czas. Jeśli chodzi o pozostały sprzęt elektroniczny, przydaje się też coś co odtwarzania muzyki. O ile spacer ze słuchawkami wzdłuż torów kolejowych lub w opuszczonej fabryce nie jest najlepszym pomysłem, nudne powroty tą samą trasą lub okolice pozbawione interesujących znalezisk mogą być dzięki temu znacznie milsze. No i sporo się trzeba najeździć komunikacją miejską.

Bezpieczeństwo. Wybierając się na odludne krańce miasta, zwiedzając ciemne zaułki i opuszczone budynki, warto pamiętać o podstawowych i dość oczywistych środkach ostrożności. Ja zabieram ze sobą tylko rzeczy absolutnie niezbędne, drobiazgi trzymając w zapiętych kieszeniach, razem z biletem miesięcznym ZTM, dowodem osobistym (ułatwi sprawę, gdyby legitymowała nas policja), odrobiną pieniędzy na wypadek, gdybym zgłodniał. Zabrzmi to paranoicznie, ale warto zadbać o to, żeby nie pogubić niczego cennego w razie konieczności ucieczki, jak również nie mieć przy sobie niczego, czego strata byłaby bolesna w wypadku, gdyby ktoś nas okradł. Stąd, dbamy też o wygodne buty i zawiązane podwójnie sznurówki. Wiele razy zdarzało mi się błyskawicznie wycofywać z opuszczonego budynku, stwierdziwszy, iż nie jestem tam sam. Warto pamiętać o tym, że czasem trzeba się też wspiąć po metalowej drabinie lub przejść po serwisowej kratownicy mostu. Opcjonalnie przyda się latarka, choć z oczywistych względów unikamy łowów po zmroku. Idąc w miejsca potencjalnie niebezpieczne warto też jest zostawić komuś informacje o lokalizacji i przewidywanym czasie powrotu. Uświadomiłem to sobie wchodząc po raz pierwszy na teren dawnych zakładów Pozmeatu, widząc ślady ludzkiej obecności w wielu miejscach. Rzut oka na ilość zostawionego tam graffiti wystarczył by stało się jasne, że prędko stamtąd nie wyjdę.

Towarzystwo. Czemu nie. W dwójkę bezpiecznej. Trzeba jednak pamiętać, że nasze ciągłe zatrzymywanie się, by sfotografować śmieszny kawałek papieru przyklejony na śmietniku może dość szybko stać się uciążliwe dla kogoś, kto liczył po prostu na spacer. Z tego względu, nie polecam łączenia randek z łowami.

Robienie zdjęć. Nie mam pojęcia o sztuce fotografii, uczę się na własnych błędach i polegam na swoim wątpliwym zmyśle estetycznym. Staram się, by zdjęcie oddawało relację znaleziska z otoczeniem, na tyle na ile to możliwe. Próbuję pokazać, jak wygląda na jego tle i z perspektywy przechodnia. Jedną z najważniejszych lekcji jest dbanie o dobre oznaczenie lokalizacji znaleziska. Gdy aparat ma możliwość geolokalizacji zdjęć, sprawa jest bardzo prosta. W przeciwnym wypadku, można pomyśleć np. o wyrobieniu sobie nawyku fotografowania najbliższej tabliczki z adresem po każdym wykonanym zdjęciu. Co później? Ja do przechowywania zdjęć używam internetowych albumów Picasa, choć zaczynając od zera wybrałbym pewnie Flickr, m.in. ze względu na większą społeczność i tym samym większą oglądalność (system tagów Picasy nie funkcjonuje zbyt dobrze a mapa z lokalizacją albumu nie wyświetla się poprawnie na niektórych komputerach). W tym momencie nie uśmiecha mi się jednak ręczna migracja i oznaczanie blisko tysiąca zdjęć. Morał z tego jest taki, że ewentualną decyzję odnośnie dostawcy usługi przechowywania zdjęć warto podjąć dość wcześnie.

Planowanie trasy. Nadal tego nie rozgryzłem. Pewnie można opracować jakiś system przechodzenia plątaniny ulic w najefektywniejszy i najdokładniejszy sposób, w praktyce wychodzi jednak tak, że przechodzę najpierw ulice "poziome", potem "pionowe". Najlepiej byłoby oczywiście przejść obie strony ulicy w obie strony - nierzadko zdarza się, że przeoczyłem coś znajdującego się na skrzynce gazowej ponieważ nie obejrzałem się za siebie - warto jednak pamiętać, że cała zabawa ma być przede wszystkim przyjemnością. Jeśli nie wiesz, gdzie zacząć - zacznij przyglądać się swojemu najbliższemu otoczeniu. Kiedy odkryjesz, ile do tej pory przegapiałaś_eś chodząc codziennie do pracy, szkoły czy na uczelnię, uświadomisz sobie, że świat jest innym miejscem niż do tej pory sądziłaś_eś. Jest pełen sztuki. I ludzi, którym się chce.

Dość oczywista ale warta przypomnienia zasada dotyczy etyki łowieckiej. Zabieramy ze sobą tylko zdjęcia. Osobiście uważam na niestosowne zabieranie dzieł z ich naturalnego otoczenia, czyli ulicy. Przykładowo, odrywanie wlepek lub demontowanie efektów miejskiej interwencji traktować należy jako czystej wody wandalizm.

* * *

Gdzie szukać urban artu? Przede wszystkim w centrach miast i w starszych dzielnicach budynków czynszowych. Nowe osiedla, domki jednorodzinne i zyskujący na zasięgu styropianowiec złocisty pozwalają przypuszczać, że niczego w danej okolicy nie znajdziemy, może za wyjątkiem wprawek graficiarzy, ściennych utarczek kibiców i wyznań miłości. Myślę, że szkoda na nie naszego czasu. Z mojego doświadczenia wynika też, że w Poznaniu np. bliskość ASP idzie w parze z ilością znalezisk, podobnie jak wąskie uliczki Starego Miasta.

W podręcznikach tropienia zwierząt pisze się czasem o tym, że do skutecznego podchodzenia należy poznać obyczaje zwierzyny, by móc poczuć się w otoczeniu tak, jak ona. W ten sposób uczymy się dostrzegać zmiany w otoczeniu jakich dokonuje (złamane gałązki, poruszona ściółka czy też same tropy) i wiemy, gdzie można się jej spodziewać. Podobnie jest z twórcami sztuki miejskiej, którzy, jak mam nadzieję, nie obrażą się o to porównanie. Są miejsca i sytuacje, które upodobali sobie szczególnie. Takie, gdzie można niepostrzeżenie, jednym ruchem dłoni, wkleić vlepkę. Takie, skąd szablon będzie dobrze widoczny. Takie, skąd w razie potrzeby można się błyskawicznie ulotnić. Obserwując lokalizacje w których pojawiają się wrzuty można z biegiem czasu odnaleźć pewne powtarzające się wzorce i prawidłowości. Byleby nie nauczyć się tego zbyt szybko, bo wtedy okazać się może, że rzeczywiście udaje nam się znaleźć wrzuty tam, gdzie się ich spodziewamy i przestajemy szukać gdziekolwiek indziej.

Some Art
Vlepki. Im dalej od centrum, tym jest ich z reguły mniej. Często znaleźć je można na tylnej stronie znaków drogowych (zwłaszcza na deptakach), na przystankach komunikacji miejskiej, na skrzynkach energetycznych i gazowych, koszach na śmieci, słupach oświetleniowych, rynnach i w innych najdziwniejszych miejscach. Warto zwrócić uwagę także na stropy nad wejściami do przejść podziemnych. Co ciekawe, w Poznaniu właściwie nie spotyka się vlepek w miejscu, w którym umieszczano je oryginalnie - w środkach komunikacji miejskiej. Osobiście ignoruję naklejki kibicowskie.


Wlepy. Osobista kategoria-worek. Z jednej strony wpadają tu: graffiti wymalowane na papierze i następnie przyklejone na ścianie, wydrukowane grafiki w dużych rozmiarach lub szczególnie misternie przygotowane albo zwyczajnie duże naklejki. Ogółem: wszystko, co zostało przyklejone a wykracza poza tradycyjną formę vlepki. Spotykane najczęściej na powierzchniach metalowych, gładkich ścianach, zwłaszcza w bramach i na pustych witrynach sklepowych. Szczególnie nietrwałe i podatne na zrywanie, stąd traktuję je jako szczególnie łakomy kąsek. Nic nie boli tak, jak zapalenie ucha środkowego i pozostałości zerwanej wlepy.
 
Szablony. Szukać ich należy przede wszystkim w centrum. Poza centrum dość często znaleźć je można także na świeżo ocieplonych elewacjach pobliskich osiedli - na całe szczęście są one wtedy na ogół widoczne z daleka. Na lokalizacjach poza ścisłym centrum spotykam je naprawdę rzadko, na odległych - w stylu opuszczonych budynków na obrzeżach - właściwie nigdy. Wziąwszy pod uwagę ilość czasu, jakiej potrzeba na odbicie szablonu na ścianie, przypuszczam, że twórcom nie chce się w tym celu przebywać dużych odległości. Z jakiegoś powodu stencilowcy upodobali sobie także skrzynki energetyczne. Inne typowe miejsca to wiadukty i narożniki budynków.



METEO
Z graffiti jest raczej odwrotnie, typowe graffiti jest domeną miejsc poza centrum. Nie licząc oczywiście bombingu (upierdliwego tagowania) i graffiti wyczynowego, na najwyższych piętrach budynków, przęsłach mostów czy innych trudno dostępnych miejscach. Najczęściej robi się je w pośpiechu. Chcąc dopracować wrzutkę, trzeba poświęcić jej trochę czasu, co bywa utrudnione w uczęszczanych miejscach, zwłaszcza, gdy wykonuje się ją nielegalnie. Warto więc zaglądać pod mosty i wiadukty, na podmiejskie stacje kolejowe i zwiedzać opuszczone budynki na obrzeżach miast. Większość ludzi lubi, gdy ich dzieła są oglądane, stąd też wiele z nich umieszczanych jest w miejscach widocznych z okien pociągu, tramwaju lub kolejki. Najczęściej znaleźć je można także można na elewacjach budynków położonych przy ruchliwych ulicach. Inne miejsca onfitujące w graffiti to budynki szkół i ściany podziemnych przejść dla pieszych. Większość graffiti to podpisy twórców - tagi (stylizowane litery), throw-upy (wykonywane pośpiesznie najczęściej zaokrąglone litery) i style (dopracowane i niejednokrotnie zapierające dech w piersiach). Przyznam, że nie kolekcjonuję ich szczególnie pieczołowicie, ale lubię na nie popatrzeć. Zwłaszcza, gdy trafię na którąś ze ścian chwały (wall of fame). Ich odnalezienie jest kluczowym momentem w życiu każdego poszukiwacza sztuki ulicznej

Gruz i Otecki, 2012
Murale. Trudno jest ich nie zauważyć. Na ogół też prasa lokalna pisze o ich powstawaniu. Znalezienie muralu o którym się wcześniej nie wiedziało daje z kolei dużo satysfakcji. Z drugiej strony, widać je z daleka. Powoli dobiega już chyba końca moda na upamiętnianie rocznic i martwych ludzi malarstwem wielkoformatowym. Trudno jest mi temu nie przyklasnąć. Ich fotografowanie zasługuje na dobry aparat. Łatwo od nich zacząć i stanowią świetny pomysł na oprowadzanie znajomych po mieście. Na miejscu władz miast tworzyłbym przewodniki uwzględniające lokalizacje murali. Póki co to Twoje i moje zadanie.

Wszystko inne. Najciekawsza kategoria. Ludzka kreatywność może i ma jakieś granice ale ja chyba jeszcze nie widziałem ich na murach. Trudno powiedzieć coś o ich typowych lokalizacjach poza tym, że na ogół są to ściany. Do moich ulubionych należą z pewnością ceramiczne mozaiki imitujące piksele z dawnych gier komputerowych. O takie jak tu.

niedziela, 26 sierpnia 2012

26 dni do równonocy jesiennej

cztery dni do pełni


Nic mnie w życiu tak nie cieszy, jak dzikie owoce napotykane na szlaku. Zwłaszcza jeżyny. Szczególnie na siedemdziesiątym kilometrze trasy rowerowej, gdy na skutek jazdy pod wiatr i lekkiego podjazdu nogi namówiły do zejścia z roweru. I nie ma znaczenia to, że ich kolce są bardzo uciążliwe i mogą głęboko utkwić w skórze. Ich smak wynagradza wszystko, szczególnie, gdy jadłospis jest wyprawowy. Od czasu do czasu wszyscy powinniśmy robić sobie solidny wycisk, choćby tylko po to, żeby móc zjeść najprostszy posiłek, który na skutek głodu i zmęczenia smakować nam będzie jak najcudowniejsza potrawa, karmiąc także podupadłe morale.

Jeżyny uwielbiam najbardziej, ale to nie jedyne owoce jakie zdarzało mi się spotykać. Szczególnie cieszą też owoce czeremchy, przypominające maleńkie czereśnie o nieznacznie cierpkawym smaku. Ostrzę sobie zęby również na głóg, powoli nabierający dojrzałej czerwieni, co skądinąd oznacza, iż czas już finalizować plany wakacyjne. Jego kuleczki smakują trochę jak przejrzałe jabłka, ale są dość pożywne. Zupełnie odrębną kwestią są dzikie lub zdziczałe drzewa owocowe rosnące przy polnych drogach. Za każdym razem gdy opycham się dzikim jabłkami, gruszkami lub śliwkami, zastanawiam się, czy są zostały one celowo wsadzone, czy wyrosły z wyrzucanych przez przejezdnych pestek. Lubię sobie wyobrażać to drugie, ale stawiam na pierwsze. Stanowiłyby one tym samym świadectwo ludzkiej bezinteresowności, jakiej nigdy za wiele. Z dzieciństwa pamiętam między innymi wyprawy, jakie urządzaliśmy w celu ogołocenia takich drzewek, zwłaszcza śliw mirabelek. Dziś próżno szukać dzieci w ich pobliżu. Przynajmniej mi rzadko udaje się dostrzec kogoś, komu chciałoby się schylić i przebierać w ulęgałkach.

Może to i dobrze. W Puszczy Białowieskiej, w pobliżu miejsca nazywanego Miejscem Mocy, znaleźć można tablicę informującą, iż niektóre rosnące w pobliżu drzewa stanowią prawdopodobnie pozostałość dawnych ludzkich obozowisk i rozsiewanych przy pomocy ludzi nasion. Mając to w pamięci, często staram się zostawiać po sobie jakieś pestki, by sprawić miłą niespodziankę kolejnym pokoleniom wędrowców. Szanse są oczywiście niewielkie, ale bez tego, jeszcze mniejsze.